Ekran Twojego urządzenia ma zbyt małą rozdzielczość, aby poprawnie wyświetlić standardową stronę naszego festiwalu. Zapraszamy do odwiedzenia wersji mobilnej :)

Wersja mobilna
Festiwal Muzyki Improwizowanej jaZZ i okolice 2016: "Otwarte: przestrzeń i wyobraźnia ­- współczesne formy jazzu" ___________________________ jaZZ & beyond Improvised Music Festival 2016: "Open Space and Imagination - Modern Forms of Jazz Music"

Nie taki diabeł straszny w Bielsku Białej (recenzja)

10 Sierpnia 2013 Recenzje /

Nie taki diabeł straszny w Bielsku-Białej

Festiwal pod artystycznym kierownictwem Tomasza Stańki w Bielsku-Białej to impreza, która dopiero się krystalizuje i ma wszelkie szanse by stać się w niedalekiej przyszłości jeszcze jedną ważną i nowoczesną imprezą jazzową w Polsce.

Od samego początku towarzyszy też festiwalowi macierzysta firma płytowa naszego czołowego trębacza - monachijski ECM. Nie wyklucza to jednak udziału interesujących muzyków spoza grona artystów związanych kontraktem z tym szacownym i od lat wysoko - w artystycznych rankingach - usytuowanym wydawcą. Jednym z takich kwiatków do festiwalowego kożucha było trio: Tim Berne – saksofon altowy, Marc Ducret – gitara, Tom Rainey – perkusja, które zrealizowało muzyczny projekt zatytułowany "Big Satan" - co samo w sobie już brzmi władczo i intrygująco, a o ile nie jest żartem, zdaje się dotykać jakiejś żywej i niespotykanie aktywnej substancji.

Album "Big Satan" pierwotnie wydany został w 1997 roku, przez innego zasłużonego monachijskiego wydawcę - firmę "Winter & Winter". W ubiegłym roku został wznowiony i artystycznie kontynuowany w niezmienionym składzie nakładem nowojorskiej wytwórni "Thirsty Ear Recordings".

W oczekiwaniu na koncert napięcie rosło i już za chwilę mieliśmy się przekonać, że tytułowy "Big Satan" to całkiem serio napisana i wciąż żywa opowieść nowoczesnej muzyki improwizowanej. Zespół wystąpił na zaimprowizowanej - klubowej scenie - w obszernym holu Bielskiego Centrum Kultury. Licznie przybyłej publiczności od początku koncertu przeszkadzało zbyt jaskrawe oświetlenie, które było raczej mało stosowne jak na offowy charakter tego wydarzenia - czuliśmy się trochę jak na wernisażu, zapewne taki był też zamiar organizatora, który umieścił na ścianach efektownie wyglądające, fotograficzne portrety festiwalowego guru, z różnych lat jego artystycznej aktywności, jak również okładki płyt promujące wydawnictwa ECM. Nie chcę przez to powiedzieć, że coś było nie na miejscu albo w złym guście. Myślę raczej o drobnej korekcie w operowaniu światłem podczas trwania już samego koncertu – doświetleniu artystów i wyciemnieniu reszty sali.

Po pewnej chwili można było się z tą mocno oficjalną atmosferą oswoić i skoncentrować tylko na przebiegu muzycznej akcji. A ta od pierwszych tonów przebiegała w iście zawrotnym tempie. Częstotliwość generowanych przez zespół dźwięków, była tak intensywna - iż miałem wrażenie - jakby próbowała wedrzeć się słuchającym do wnętrza i przeszyć trzewia wprowadzając w rezonans kości piszczelowe i wszelkie zdolne drgać w jej rytm kłykcie. W pewnych momentach mocno musiałem się uchwycić krzesełka, lub przynajmniej zapalić papierosa. Dynamika zbiorowych improwizacji oraz intensywność napięcia budowanego przez instrumentalistów udzieliła się części publiczności; kto zatem był przywiązany do dłuższych interwałów, pomiędzy poszczególnymi partiami jazzowej kompozycji - bliższych wysublimowanej estetyce ECM-u - teraz nie miał szans na zaczerpnięcie oddechu i zachowanie dystansu do muzyki - zmuszony był do rychłego oddalenia od epicentrum muzycznej akcji. Nie mogąc w tak trudnych warunkach prowadzić interesujących konwersacji część publiczności wyszła lub przynajmniej oddaliła się do bufetu.

Zostało nas tylko kilkadziesiąt osób, z wyraźnym - gdy spojrzeć po twarzach - zaangażowaniem wsłuchanych w solowe kulminacje, wspólne instrumentalne pasaże, unisona gitary z saksofonem czy w szalenie zaangażowaną pracę perkusisty. "Big Satan" zaistniał między nami i zwymiotował na nas całą treść muzycznych teorii i klasyfikacji. Kazał zdać się na niepewną intuicję, zmusił do porzucenia wszelkich muzycznych koncepcji, i chociaż z całą pewnością da się go ująć w teoretyczne (i teologiczne) ramy to jednak nie ma sensu tego robić. Ta muzyka ma w sobie tyle emocjonalnego napięcia i żaru, co żywiołowy funk z "Sex Machine" Jamesa Browna i równocześnie ekstatycznie transowa "India" Johna Coltrane'a. Wszelkie intelektualne spekulacje osłabiają tylko siłę jej oddziaływania. Tom Rainey za perkusją wręcz przeistoczył się w "odkorowanego" i poddanego impulsom rytmicznym pacjenta, któremu ktoś zaprogramował nieustanną pogoń za coraz bardziej złożonymi mutacjami nieparzystych rytmów. Z kolei Mark Ducret był w tym triu najwierniejszym pomocnikiem szatana, zaangażował się nie tylko duchem ale i całym ciałem w swoją technikę grania sola z równoczesnym utrzymywaniem akompaniamentu dla saksofonowych wypadów Tima.

Berne jest oczywiście głównym architektem tego spotkania, myśli zatem wciąż o formie, funkcji i przestrzeni w muzyce i podobnie jak Ellery Eskelin czy John Zorn zachowuje pełną kontrolę nad czasem trwania poszczególnych instrumentalnych sekwencji. Jest jednak zupełnie innego typu liderem, sprawia wrażenie raczej rzetelnego inżyniera lub pochłoniętego obliczeniami matematyka, a zdecydowanie mniej artysty z mocno uzewnętrznionym ego. Nie ma też w jego postawie buntu, jednak wyraźnie da się zauważyć, że całkowicie pochłania go muzyka, a do zewnętrznego świata zachowuje lekko ironiczny dystans. Przez cały czas trwania koncertu czuwał nad kolegami by trzymali się blisko siebie i nie "odlecieli" zbyt daleko, jakby zwracał im uwagę na główne wątki poszczególnych kompozycji, obficie rozpisanych w "kwitach" i ostentacyjnie spoczywających przed nim na nutniku - co dodatkowo podnosiło wiarygodność tych iście "szatańskich wersetów".

Tim Berne Trio – Big Satan (Tim Berne – saksofon altowy, Marc Ducret – gitara, Tom Rainey - perkusja

3. Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej, 3.12.2005 r.
Bielskie Centrum Kultury, ul. Słowackiego 27

                                                                                                            Andrzej Kalinowski

Kategorie
Jesień
2016